
To był zwykły wtorek. Deszczowy, szary, bez żadnych fajerwerków. Siedziałem na kanapie, telewizor grał w kółko to samo, a ja czułem, że mój mózg powoli zamienia się w budyń. I wtedy przypomniałem sobie o koncie, które założyłem w czasie pandemii, gdy wszyscy eksperymentowaliśmy z dziwnymi hobby. Ja eksperymentowałem z internetowym hazardem. Niewinnie, myślałem, że to jednorazowa zabawa. Ale ten wtorek zmienił coś we mnie.
Nie szukałem emocji. Naprawdę. Nie potrzebowałem zastrzyku czegoś, co ludzie nazywają dreszczykiem. Ja po prostu chciałem wyrwać się z tego betonowego poczucia, że każdy dzień jest kopią poprzedniego. Sięgnąłem po telefon, zalogowałem się i zacząłem klikać. Zwykłe automaty, takie z wesołą muzyką i migającymi owocami. Nie myślałem o wygranej. Myślałem o tym, że w tej chwili nikt nie wymaga ode mnie harmonogramu, budżetu ani decyzji o tym, gdzie postawić ścianę działową.
I wtedy coś się zadziało. Nie jakaś wielka kumulacja, nie milion. Ale przez następne dwie godziny wygrałem kilka razy, potem przegrałem, potem wygrałem znowu. A w pewnym momencie, kiedy akurat grałem na jednej z popularnych platform, pomyślałem sobie: „vavada poland” ma całkiem niezłe bonusy powitalne. I to było właśnie to. Zwykła myśl, ot tak, przelotna. Ale zamiast dać się ponieść gonitwie za stratami, co mi się czasem zdarzało w przeszłości, zrobiłem coś, czego się po sobie nie spodziewałem. Zatrzymałem się. Wyłączyłem telefon, poszedłem do kuchni, nalałem sobie wody i patrzyłem na deszcz za oknem.
Przyszło do mnie proste spostrzeżenie. Ja nie potrzebowałem wygranej. Ja potrzebowałem przestrzeni, w której przez chwilę nie myślę o pracy. To brzmi jak banał, ale dopiero wtedy to zrozumiałem. Całe moje dorosłe życie było zaplanowane. Studia, praca, awans, kredyt, remont, kolejny awans. Zawsze wiedziałem, co będzie za rok. A tutaj nie wiedziałem, co będzie za sekundę i, kurczę, to było w porządku.
Od tamtej pory moje podejście się zmieniło. Nie robię z tego nałogu ani ucieczki. Nie próbuję odzyskać pieniędzy ani ścigać się z kasynem o lepsze jutro. Raz w tygodniu, zwykle w czwartki po pracy, pozwalam sobie na godzinę. Słucham przy tym muzyki, której nie słuchają moi współpracownicy, bo uważają ją za zbyt hałaśliwą. Czasami wygrywam sto złotych, czasami przegram dwieście. Ale za każdym razem czuję, że to jest mój prywatny rytm.
Co więcej, przestałem przesuwać odpowiedzialność. Kiedyś wpadałem w złość, że pech. Że nie mam szczęścia w życiu. Że wszystko zawsze jakoś tak. Teraz myślę, że los lubi tych, którzy nie traktują go zbyt serio. Bo to zabawa. Tylko i aż zabawa. Przestałem też myśleć o tym w kategoriach zbijania majątku. Mam swoje stałe dochody, odłożone pieniądze, nie muszę ryzykować. Wchodzę do tego świata jak do klubu, w którym wszyscy są równi, a karty rozdaje liczba losowa. To mnie uspokaja, naprawdę.
Zauważyłem też, że zmieniłem się w kontaktach z rodziną. Mniej narzekam. Mniej marudzę na politykę, na podatki, na to, że młodych nie chce się pracować. Bo kiedy zaczynasz dostrzegać, że pojedyncze decyzje nie mają większego znaczenia, skoro i tak wszystko zależy od chwili, zaczynasz doceniać to, co masz tu i teraz. Moja żona zapytała mnie ostatnio, czy wszystko ze mną w porządku, bo chodzę uśmiechnięty. Odpowiedziałem, że tak. I że może w końcu nauczyłem się czerpać radość z małych rzeczy.
Ktoś powie, że to dziwne, że dorosły facet szuka spełnienia w internetowych automatach. Ale wiecie co? Każdy ma jakąś tam swoją odskocznię. Jedni grają w piłkę, inni zbierają znaczki, a ja lubię czasem sprawdzić, czy czerwone wygra częściej niż czarne. Nie szukam w tym głębi, bo głębia jest w mojej głowie, w moich decyzjach i w tym, jak potrafię oddzielić miłe spędzenie czasu od obsesji. Zresztą, gdy ostatnio wygrałem sporo na jednej sesji, co było wynikiem przypadku, a nie mojej geniuszu, po prostu wstałem, ubrałem się i zaprosiłem żonę na kolację. Nie powiedziałem jej skąd mam pieniądze, powiedziałem tylko, że miałem dobry dzień. I to chyba najlepsza definicja zdrowego podejścia. Bo wygrana jest wtedy, gdy umiesz cieszyć się nią z bliskimi, a nie gdy chowasz ją przed wszystkimi.
Więc gdybym miał podsumować moje ostatnie miesiące, powiedziałbym tak: nie potrzebowałem odmienić swojego losu. Potrzebowałem tylko zobaczyć, że los i tak jest nieprzewidywalny, więc mogę w końcu przestać się go bać. Jeśli ktoś zapyta mnie o radę, to powiem: baw się, ale pamiętaj, że to tylko gra. Nie stawiaj na szali tego, czego nie możesz stracić. I nie szukaj w tym sensu, bo znajdziesz chaos. A w chaosie, o dziwo, można znaleźć spokój.
Kończąc, powiem wprost: nie jestem hazardzistą, jestem facetem, który znalazł sposób na nudę i na nadmiar myśli w głowie. Może to nie brzmi jak rewelacja, ale dla mnie to była mała rewolucja. Nie wiem, czy kiedyś przestanę. Może tak, gdy uznam, że nuda już mi nie straszna. Póki co, eksperymentuję, błądzę, klikam, wygrywam i przegrywam. I wszystko jest w porządku, bo w końcu patrzę na świat z uśmiechem zamiast z wiecznym niezadowoleniem. I o to chodzi. O bycie tu i teraz, a nie o realizację jakiegoś wielkiego planu.